Mgliste widmo bezwzględnego mecenasa

Dodano:
Kwoty zasądzone w ramach rekompensat za błędy w sztuce zawodowej będą rosły
Cóż za pożytek, że skończyłem prawo i wolno mi stawać w sądach, skoro nie mogę znaleźć klientów" - taka myśl na początku ubiegłego wieku męczyła George’a Baldwina, młodego nowojorskiego prawnika. Z opresji wybawiła go notatka prasowa. Opisywała wypadek mleczarza, który został potrącony przez pociąg towarowy. "Trzeba pozwać zarząd kolei. Do licha, muszę się zająć tym człowiekiem i skłonić go do pozwania kolei... Nie odzyskał jeszcze przytomności. Może już umarł. Więc jego żona tym bardziej może wytoczyć sprawę" - gorączkowo myślał Baldwin. W gazecie był adres poszkodowanego, więc prawnik poszedł tam i nakłonił kobietę do wniesienia pozwu. Sprawę wygrał, a kilkanaście lat później wchodził już w skład elity Nowego Jorku. Podobnie jak poszkodowany mleczarz, który po otrzymaniu pokaźnego odszkodowania został prominentnym politykiem. Tak John Dos Passos w powieści Manhattan Transfer opisuje narodziny nowojorskich fortun.
Na początku października br. poznański sąd zasądził ponad 900 tys. zł odszkodowania i 2 tys. zł miesięcznej renty dla Dawida Lisa. Pieniądze chłopak będzie dostawał do końca życia jako odszkodowanie za pomyłkę poznańskich policjantów, którzy go postrzelili. Dawid jest sparaliżowany i porusza się na wózku. Odszkodowanie to olbrzymia kwota jak na praktykę polskich sądów. Nic więc dziwnego, że sprawa wzbudziła spore emocje. Odszkodowanie jest astronomiczne także dla polskiej policji - dorównuje ubiegłorocznej sumie wszystkich odszkodowań. W 2003 r. było to 1 167 761 zł, a w 2004 r. - 1 379 543 zł.
Czy ten precedensowy wyrok może uruchomić lawinę wniosków o odszkodowania za błędy policjantów, lekarzy, prokuratorów, pracowników administracji publicznej? Czy pojawi się u nas grupa drapieżnych prawników czyhających na najdrobniejsze uchybienia?


OC zawodowe
Dobrowolne ubezpieczenia od odpowiedzialności zawodowej OC najczęściej wykupują lekarze. Kupno polisy jest jednak ustawowym obowiązkiem dla przedstawicieli niektórych grup zawodowych. Inaczej nie mogą oni wykonywać zawodu. Lista obejmuje 23 grupy.
Są na niej m.in. osoby uprawnione do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych, doradcy podatkowi, inżynierowie budownictwa, rzecznicy patentowi, detektywi.

Nie ma lawiny pozwów
Liczba spraw o odszkodowania za szkody wyrządzone przez funkcjonariuszy publicznych (policjantów, nauczycieli, pracowników służby zdrowia i samorządów) rozstrzyganych przez sądy

RokWpłynęłoUznane za uzasadnione (w całości lub części)UgodaOddalone
2000306297373777
2001322180975676
2002303166190593
2003311374973681
2004353161676840
Źródło: Ministerstwo Sprawiedliwości


Trudno o wygraną
Choć uchwalona w wakacje ustawa otwiera młodym polskim prawnikom drzwi do kariery, to trudno im będzie pójść śladem George’a Baldwina. Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości pokazują, że liczba wniosków, które spływają od sądów okręgowych i rejonowych z tytułu odpowiedzialności Skarbu Państwa za szkody wyrządzone przez funkcjonariuszy publicznych, od pięciu lat jest na stałym poziomie. Rocznie jest to 3-3,5 tys. spraw. W 2003 roku z roszczeniami wobec policji wystąpiło 157 osób, a w 2004 r. - 156. Praktyka sądowa pokazuje, że wygrać taką sprawę wcale nie jest łatwo. Przeciętnie zaledwie 20-30 proc. spraw kończy się sukcesem dla pozywających, a wszystkie ciągną się bardzo długo.
- Na 100 postępowań tego typu tylko dwa-trzy kończą się w ciągu roku - mówi radca prawny Jolanta Budzowska. Z jej doświadczeń wynika, że takie postępowanie przeciętnie trwa 2-3 lata, a kolejne pół roku zajmuje rozstrzygnięcie apelacji.
Powodem rezygnacji z roszczeń dla wielu osób jest konieczność wniesienia opłaty sądowej. Jest to 8 proc. kwoty sporu. Po wygraniu opłata jest zwracana, jednak gdy roszczenie zostanie uwzględnione w części, jest ona odpowiednio obcinana. Reszta zostaje w kasie sądu.
Zdaniem Jolanty Budzowskiej, wyroki takie jak w wypadku Dawida Lisa uświadamiają poszkodowanym, że mają prawo żądać na drodze sądowej odszkodowań za feralne pomyłki. Nie sądzi jednak, aby wywołało to lawinę tego typu spraw. Dlaczego? Zdaniem prawniczki, procedury są niekorzystne dla skarżących. - To na nich ciąży obowiązek wykazania szkody, podczas gdy dokumentację sprawy ma zazwyczaj druga strona - wyjaśnia Budzowska. Nie jest łatwo także uzasadnić wysokość roszczenia. Swoje robią też towarzystwa ubezpieczeniowe. - Często miałam do czynienia z sytuacją, w której przedstawiciel przychodni czy służby zdrowia przyznawał, że rzeczywiście doszło do błędu w sztuce lekarskiej, jednak ubezpieczyciel naciskał, aby roszczeń pod żadnym pozorem nie uznawać - podkreśla pani mecenas.

Nie chcą brać trudnych spraw
Paweł Grębowiec, prezes firmy Hexa, specjalizującej się w dochodzeniu odszkodowań komunikacyjnych, przyznaje, że niechętnie podejmuje się spraw dotyczących błędów w sztuce lekarskiej. M.in. dlatego, że lekarze to solidarna grupa. W imieniu swojej klientki prawnik wystąpił jednak przeciwko przychodni lekarskiej. Podczas wizyty lekarka kazała jej usiąść na plastikowym krześle ogrodowym, które się złamało. Dość korpulentna klientka upadła i złamała sobie obojczyk. Zażądała 100 tys. zł odszkodowania. Sprawa toczy się już ponad rok. Paweł Grębowiec liczy, że zakończy się odszkodowaniem w wysokości 60-70 tys. zł.
Adam Sandauer, prezes Stowarzyszania Pacjentów "Primum Non Nocere", które zajmuje się pomocą dla ofiar błędów lekarskich, mówi, że w Polsce prawnicy wybierają tylko te sprawy, w których jest duże prawdopodobieństwo wygranej. Jeszcze kilka lat temu jego stowarzyszenie współpracowało z grupą prawników. W ramach dżentelmeńskiej umowy adwokaci podejmowali się spraw jedynie za prowizję od wygranej sumy. Rzeczywistość szybko zweryfikowała ten układ. Adam Sandauer nie ma o to żalu i podkreśla konieczność zmian systemowych, bo taką sprawę nie jest łatwo wygrać. - Prawnik musi znać się nie tylko na prawie, ale także na medycynie, aby biegły, który też jest z reguły lekarzem i kieruje się solidarnością zawodową, nie mógł manipulować opinią - mówi Sandauer.
Ekspertyzy biegłych często bywają kuriozalne. Jako przykład nasz rozmówca podaje wypadek wyrzucenia pacjenta z izby przyjęć. Mężczyznę potraktowano jako symulanta, tymczasem w kilka minut później zmarł. Biegły nie dopatrzył się jednak uchybień ze strony personelu. Sandauer jest gorącym zwolennikiem wprowadzenia powszechnego ubezpieczenia od złych skutków leczenia, czyli czegoś na kształt autocasco dla lekarzy. Takie rozwiązanie obowiązuje w Skandynawii.
Mniej entuzjastycznie do takiego pomysłu podchodzi Dariusz Melaniuk z biura ubezpieczeń gospodarczych TUiR Warta. - Główne problemy związane z rozstrzyganiem roszczeń przeciwko służbie zdrowia wynikają z charakteru ustawowej odpowiedzialności lekarzy i trudności dowodowych - twierdzi. Jego zdaniem, obowiązek wykupienia przez
lekarzy ubezpieczenia OC miałby ograniczony wpływ na zmianę sytuacji.

Na ile absurdalne, na ile racjonalne?
Polscy kibice mogą tylko pozazdrościć włoskiemu koledze, który dostanie 225 euro odszkodowania od elektrowni za to, że nie udało mu się obejrzeć meczu piłkarskiego. Uniemożliwiła mu to przerwa w dostawie prądu. Włoski sąd uznał, że prawo do takiej rozrywki gwarantuje wszystkim konstytucja.
Gdy zapytaliśmy Jolantę Budzowską o to, czy podjęłaby się prowadzenia tego typu sprawy w Polsce, prawniczka przyznała, że szanse na wygranie miałaby nikłe. Zdaniem naszej rozmówczyni, nasze prawo powinno zmierzać w kierunku regulowania takich roszczeń.
Gorzej jednak byłoby, gdyby doszło do tego, że ze strachu przed zasądzeniem wysokiego odszkodowania lekarz rezygnowałby z ryzykownej operacji, a policjant brał nogi za pas, zamiast ścigać groźnego przestępcę.
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...